Dialogi z dinozaurem albo początek końca zabawek
od resorowca do interaktywnego pluszu
Nikt nie jest w stanie określić, ile tysięcy lat dzieli nas od momentu powstania pierwszej zabawki... Wiadomo natomiast, że była ona formą półorganiczną, najczęściej wystruganą
z kawałka drewna lub wyrzeźbioną w porowatej i plastycznej kości. Liczne, dokonywane na wielu szerokościach geograficznych znaleziska archeologów są dowodem na to, że neolityczni twórcy zabawek poszukiwali inspiracji w naturalnym bogactwie świata zwierząt. Zabawki odtwarzające postać ludzką musiały być przez dłuższy okres czasu tematem tabu, zarezerwowanym wyłącznie dla szamanów i medicine men oraz nieobliczalnych artystów. Skoro jesteśmy przy praprzodkach Kena, to warto zauważyć, że zabawka wcale nie musi być lalą czy zwierzątkiem, choć występuje w tej postaci nader często. Dziecięca inwencja w przekształcaniu najbardziej prozaicznych przedmiotów w żywe, magiczne narzędzia (liście akacji jako banknoty itp.) wydaje się być praktycznie nieograniczona. Tak czy inaczej, podstawową funkcją prehistorycznej zabawki było, podobnie jak ma to miejsce współcześnie, odwrócenie uwagi dziecka i uporządkowanie jego chaotycznej aktywności. Pozorny truizm, w myśl którego zabawki służą przede wszystkim dorosłym, zasługuje jednak na chwilę zastanowienia. Należałoby chyba zadać pytanie, w jakim stopniu zabawka jest wielofunkcyjnym narzędziem, pozwalającym dziecku na tworzenie równoległych światów wyobraźni. Mały konsument jest obecnie - jak się zwykło określać w nowomowie marketingu - "targetem" całego sztabu projektantów, ekspertów i analityków, rejestrujących wszelkie sygnały medialne i trendy na długo przed ich pojawieniem się w zbiorowej świadomości. Telewizja odgrywa kluczową rolę w kształtowaniu wszelkich potrzeb współczesnego człowieka, dlatego też nie powinno nas dziwić że reklamy pojawiające się w Cartoon Network czy Kids Channel są nafaszerowane informacjami o nowych, atrakcyjnych gadżetach które mogą czy wręcz powinny (w ramach wizji zabawkarskich potentatów) znaleźć się w rękach każdego dziecka. Produkt końcowy posiada zwykle charakter kompleksowy: jest częścią serii, "zestawem" czy "stacją roboczą", której konstruowanie "da tyle szczęścia twoim dzieciakom", o ile tylko firmie uda się zwabić do sklepu potencjalnych klientów. Rynkowa globalizacja daje teoretycznie szansę na rozpowszechnienie tanich, efektownych i nowoczesnych elektronicznych zabawek edukacyjnych Jednak, w ostatecznym rozrachunku, rekordy popularności bije zwykle któreś z kolejnych wcieleń Zamaskowanych Robotów. Plastikowe militaria pozostawiają zdecydowanie mniej niedopowiedzeń niż klocki Lego czy poczciwe, przeżywające ostatnio renesans popularności yo-yo.
Nie sposób zaprzeczyć, że zabawki, będąc swoistym zwierciadłem współczesności, ulegają
w cywilizacyjnej gonitwie licznym przemianom. Poniższe zestawienie, z konieczności fragmentaryczne i skrótowe, ukazuje wszechświat zabawek-prototypów. Te mądre i głupie, groźne i rozczulające, banalne i złożone przedmioty nie są dziś zjawiskiem powszechnym, choć mają szansę trafić do rąk małych obywateli drugiego tysiąclecia.
MIŚ KONTRA CELNICY
Zjawisko otwierania się granic i przekształceń terytorialnych euro-przestrzeni ma, jak się okazuje, wpływ na wyobraźnię projektantów zabawek. Ulubione przez dzieci maskotki nie posiadały jak dotąd większych praw konstytucyjnych. Pozbawione możliwości głosowania
i zakładania kont bankowych zabawki tkwiły w szarej strefie stworzeń niemych, bezwolnych
i całkowicie uzależnionych od łaski i niełaski swoich właścicieli. Honorując tożsamość futrzaków i ich przynależność do Unii Europejskiej, brytyjska firma Merrythought wprowadziła na rynek unikalny "misiowy paszport". Dokument ten zezwala na prawo pobytu misiów w Zjednoczonym Królestwie i zapewnia prawo do nieograniczonego odbywania podróży. Jak każdy oficjalny dowód tożsamości, paszport zawiera szereg rubryk przypominających właścicielowi misia o rutynowych kontrolach czystości futerka i innych zabiegach pielęgnacyjnych. Ciekawe, co na to misie-przemytnicy i misie-fałszerze dokumentów...
NIEGRZECZNY BOBAS
Sińce, guzy, podbite oczy i luki w uzębieniu są "ozdobą" lalki wyprodukowanej przez hiszpańską firmę Ferre Fuster z Alicante. Trudno powiedzieć, czy autorzy mieli tu ma myśli osiedlowego łobuziaka, któremu niestraszne bójki z rówieśnikami i awanturnicze wędrówki, czy skatowane dziecko. Niepoprawna politycznie lalka, z zastygłym grymasem zadowolenia (?) na obliczu, nie przestaje milczeć; głos zabierają natomiast psychologowie i rzecznicy praw dzieci. Według nich, fioletowe oko i pozalepiana plastrami buzia mogą być źródłem znieczulenia dzieci na rzeczywiste przypadki pobicia rówieśników przez dorosłych. Sygnałem alarmowym są niezwykle częste w Hiszpanii przypadki fizycznego i psychicznego znęcania się nad dziećmi. Producent zabawki nie ma jednak żadnych wątpliwości: "Kto powiedział, że nie chodzi tu o dziecko, które spadło ze schodów?"
BRODATE LALKI
Ołowiane żołnierzyki i porcelanowe lalki odeszły już dawno w zapomnienie. Czasy się zmieniają, ale formy pozostają podobne: wszelkiego rodzaju mini-ludziki i figurki nie przestają być aktorami i uczestnikami dziecięcych zabaw. Włoski Geyper (śladowe ilości pojawiły się na polskim rynku w połowie lat 70-tych) był wszechstronnie utalentowanym traperem i specjalistą od przetrwania w trudnych warunkach; w skład jego wyposażenia wchodziła nawet lotnia, którą miałem przyjemność usmażyć na linii wysokiego napięcia.
53-centymetrowy Carlos jest z kolei portorykańskim gejem z Nowego Jorku, szczodrze wyposażonym przez naturę i wbitym w charakterystyczny pancerzyk z czarnej obcisłej skóry. Carlos, partner marynarza o imieniu Billy, jest sprzedawany w przezroczystym pudełku za jedyne 50 dolarów. Figurka przedstawiająca superbohatera wszechczasów Jezusa jest sześciokrotnie tańsza i nawiązuje do dobrze znanego z Ewangelii św. Jana motywu nakarmienia pięciotysięcznego tłumu dwoma rybami. Producenci sugerują jednak rodzicom wzmożoną uwagę, ponieważ Bóg-człowiek składa się z drobnych, niejadalnych części z plastiku.
JAK ZMINIATURYZOWAĆ DZIECKO
Stwórz lalę na swój własny obraz i podobieństwo, wydają się sugerować pomysłowi twórcy My Twinn. Wystarczy wysłać im zdjęcie dziecka (dolna granica wiekowa to trzy lata, górna - dwanaście lat) i wybrać pozostałe szczegóły z bogatego archiwum "parametrów pomocniczych" - kolorów włosów i oczu, odcieni skóry i fryzur. W tym momencie rozpoczyna się praca całego sztabu ludzi - od projektantów pracujących w cyfrowej przestrzeni CAD i superprecyzyjnych fachowców od krawiectwa, do specjalistów-formierzy, tworzących w ciągu dwóch miesięcy lalkę-sobowtóra. W czasach, kiedy sklonowana Molly jest groźnym memento dla wszelkiego rodzaju obrońców indywidualności ludzkiej, zabawki w rodzaju My Twinn zostaną z pewnością przyjęte z mieszanymi uczuciami. Zamiarem twórców lalki, poza oczywistymi względami ekonomicznymi, nie było jednak wyłącznie małpowanie natury. Twórcą pierwszej wersji My Twinn był bowiem lekarz, który zauważył, że chore dzieci dają się udobruchać zabawkami, które są w jakimś stopniu do nich podobne. Zjawisko częstego przysyłania dziecinnych fotografii żon przez mężów i zamawiania przez nich lal należy pozostawić psychoanalitykom.
MÓZG RESOROWCA
Kto z nas, urodzonych pod koniec lat 60-tych, nie pamięta szaleństwa "matchboxów"
i nieprzerwanych międzysąsiedzkich sporów o najpełniejszą kolekcję? Niezwykła popularność resorowców, kupowanych wtedy chyłkiem w komisach lub za granicą przebiła nawet mikro-świat enerdowskich kolejek wąskotorowych i metaliczne szczękania pistoletu "Precyzja". Małe samochody do dziś wypełniają kieszenie niedorosłych rajdowców, chociaż wielu entuzjastów podboju przestrzeni skłania się raczej ku promom kosmicznym
i transportowym robotom. Cyber Racer firmy Mattel jest propozycją łączącym starą
i wypróbowaną formę z nowymi możliwościami wieku technologii. Ta efektowna wyścigówka, wyposażona w wyświetlacz ciekłokrystaliczny i komputer pokładowy,
z pewnością zainteresuje swoimi możliwościami pokolenie tatusiów wychowanych na "matchboxach" i "corgi". Samochodzik oblicza pokonywany dystans, maksymalną szybkość
i automatycznie koryguje błędy na starcie. Inteligentny gadżecik, którego kupno nie powinno przekraczać przeciętnych możliwości finansowych (cena: ok. 14 dolarów), podpowiada nawet jakich narzędzi należy użyć do serwisowych napraw.
DLA MAŁEGO RASISTY
Zakapturzona w rytualne szaty Ku Klux Klanu lala wywołuje spory szok, choć - przynajmniej teoretycznie - nadal pozostaje zabawką. Fakt, iż rasowa i kulturowa nienawiść jest podsuwana dziecku pod postacią zabawki przez chytrych, sfanatyzowanych manipulatorów mógłby być absurdalny, gdyby pojawił się w umyśle jakiegoś cyberpunkowego autora. Ponura kukła w białych, satynowych szatach jest jednak produkowana w niewielkich ilościach przez "kapitułę" KKK z Karoliny Północnej.
W skład dodatkowych akcesoriów wchodzi małpka, podwieszona na pętli u pasa lali - symbol niższości rasy negroidalnej, odgrzewający elementy mało już zjadliwej dla większości Amerykanów socjotechnicznej histerii linczu. Zabawka, w której pełny wyraz znajdują osadnicze kompleksy zaściankowego Południa i patetyczna nietolerancja schizo-patriotów.
RODZINA MORALNA
Burze na temat formuły zajęć wychowania seksualnego przybierają w naszym kraju rozmiary groteskowe; tradycjonaliści i moderniści przerzucają się epitetami, a 90% dzieci wciąż dowiaduje się o "tym" od rówieśników. Towarzystwo Planowania Rodziny z Hong Kongu opracowało w 1997 roku zestaw uświadamiających gadżetów-zabawek, z których najbardziej skutecznymi okazały się lalki. Twarze obu lalek są identyczne ("dzieci zrozumieją w ten sposób problem równouprawnienia płci"), chociaż różnią się one szczegółami prywatnej anatomii. Z owłosionego krocza Kar Kar ("moralna" w dialekcie kantońskim) zwisa na tasiemce lala-dziecko, zapewne potomstwo dziarskiego Tak Tak ("rodzina"). Trudno przewidzieć, czy teatrzyk lalkowy przedstawiający poród lub operację zmiany płci, będzie się cieszyć wśród dzieci popularnością. Tabliczka mnożenia może się wydawać lekkostrawną rozrywką w porównaniu z gmeraniem w sztucznym owłosieniu.
60-TONOWY WOJOWNIK
Gundam nie jest japońską mutacją Supermana czy Batmana, ani żadnego z innych,
obdarzonych nadnaturalną mocą pop-herosów. Firma Bandai, jeden z zabawkarskich gigantów dalekowschodniego rynku, opracowała serię Gundam na podstawie animowanego filmu "Mobile Suit Gundam" z 1979 roku. Wrogo nastawieni mieszkańcy jednej
z ziemskich kolonii atakują naszą planetę, a przewidywalną reakcją ludzkości jest wysłanie do walki ogromnych, czteropiętrowych i praktycznie niezwyciężalnych humano-robotów. Figurki dzielnych wojowników, nawiązujące pod względem wzornictwa do wojennego mistycyzmu dawnej Japonii i sprawdzonych wzorców mangowej estetyki, cieszą się ogromnym wzięciem wśród dzieciarni i dorosłych kolekcjonerów. Ekstremalne biomaszyny wykorzystują, znany choćby z kultowego SF-horroru "Tetsuo", motyw sprzężenia metalu i tkanki białkowej. W tym przypadku, groźne hybrydy znajdują się jednak pod pełną kontrolą małych strategów.
KU INTEGRACJI
Świadomość, że wśród nas żyją ludzie o obniżonej sprawności fizycznej, dociera łatwiej do dzieci, niż do dorosłych (niereformowalnych?) decydentów. Do niedawna używane powszechnie słowo "inwalida" (od łacińskiego invalidus = nieważny) kryje w sobie obojętność wobec życiowego problemu osób niepełnosprawnych, być może nawet strach wobec inności "nieważnych". Mała, manufakturowa firma People of Every Stripe! (ludzie każdego rodzaju) stara się przełamywać społeczne stereotypy, produkując lalki symbolizujące różne rodzaje niepełnosprawności. Ręcznie produkowana lalka-Przyjaciel może mieć 20 różnych kolorów skóry, a w skład akcesoriów uzupełniających wchodzą m.in protezy, gipsowe bandaże, wózki i małe aparaty słuchowe. Twórcy Przyjaciół uważają, że ich idea może się przyczynić, w czasach rosnącej alienacji i apatii, do zacieśnienia elementarnych form więzi międzyludzkiej.
TRUJĄCA KACZKA
Losy zabawek bywają różne. Jedne odbywają pokoleniowe wycieczki z rąk do rąk, inne zostają pogryzione i rozłożone przez młodych wandali na czynniki pierwsze. Rzadko się zdarza, by jakaś rodzina zabawek została zdemaskowana i postawiona w stan oskarżenia przez organizację międzynarodową. Radykalni ekologowie z Greenpeace przypuścili niedawno energiczne natarcie na tak ulubioną przez oseski gumową kaczuszkę. Powód: gumowe zabawki, wykonane najczęściej z miękkiego polichlorku winylu i namiętnie przeżuwane przez młodsze dzieci, mogą być źródłem poważnych, nieuleczalnych chorób. Toksyczne środki zmiękczające wywołują choroby nerek i bezpłodność, choć producenci twierdzą, że ryzyko jest minimalne. Odkrycie Greenpeace'u powoli zaczyna zataczać coraz szersze kręgi; sprzedaż zabawek z polichlorku winylu została właśnie zakazana w Holandii, Austrii, Danii i Szwecji.
INTERAKTYWNY PLUSZAK
Nowym szaleństwem speców od interaktywnych zabawek jest dzisiaj ich "personalizacja". Takie zabawki, jak Interaktywny Puchatek firmy Mattel i purpurowy dinozaur Barney Microsoftu, zapowiadają trendy przyszłości - "usadzenie" przed komputerem coraz młodszych użytkowników i ożywienie zabawek. Inteligentne klocki Lego (seria Mindstorms) są brawurowym posunięciem firmy, a jednak wyznaczają zaledwie czubek góry lodowej interaktywnej rozrywki dla najmłodszych. Zarówno Barney, jak i cyfrowy Puchatek, są w stanie rozmawiać z dziećmi, śpiewać, recytować wierszyki i wyjaśniać maluchom trudne słowa. Odbierają one również przekazywane przez nadajniki telewizyjne radio-sygnały, pobudzając je do rozmaitych reakcji. Zabawki pilnie obserwują zachowania dziecka i zapamiętują przebieg wspólnych zabaw, wzbogacając je o różnego rodzaju gry i zgadywanki. Dziecko jest tu nie tylko partnerem i władcą - może ono aktywnie konstruować sytuacje i wpływać na ich przebieg. Wypada tylko mieć nadzieję, że interaktywne zabawki nie będą odbierały sygnałów z kina nocnego i programów publicystycznych.
Zabawka, pozostając jednym z bardziej uniwersalnych narzędzi stworzonych przez ludzkość, nie przestaje cieszyć i zdumiewać. Inwencja producentów zabawek sięga coraz mniej oczywistych obszarów, choć mogłoby się zdawać, że wszystko już było. W końcu, różnica między kościanym konikiem i elektronicznym zwierzątkiem nie jest tak wielka: chodzi przecież o uśmiech dziecka.
Jacek Staniszewski
|