Życie rozwija się w czasie i przestrzeni. Czas wyznacza nieuchronny cykl przemijania, radości i smutki między narodzinami, rozwojem i śmiercią. Zazwyczaj zwracamy uwagę jedynie na ten czasowy aspekt naszej egzystencji, budując sobie perspektywy na przyszłość lub dbając o dzień dzisiejszy. A jednak wobec niego i tak jesteśmy bezsilni,
ponieważ przynależymy do świata przyrody, w którym coś musi umrzeć, by coś nowego mogło zacząć żyć. Od dawna poszukiwano eliksiru nieśmiertelności, wierzono w możliwość odnalezienia panaceum zapewniającego nieśmiertelność. Lecz pogromcy czasu nie zdawali sobie sprawy z tego, jak bardzo wpadli w pułapkę własnej niemożności. Podczas, gdy poświęcali życie na wynalezienie elixir vitae, czas im upływał i ani się nie obejrzeli, a było po wszystkim. Czas stwarza i niszczy. Jest kreatorem i niszczycielem, jak indyjski Bóg Śiwa, Lucyfer w tradycji judeochrześcijańskiej, czy prawie wszystkie bóstwa buddyzmu tybetańskiego, które łączą formę łagodną z formą groźną.
Mówimy o ludziach, że są młodzi i starzy, zdrowi i chorzy, lecz to wszystko nadal jest tylko funkcją czasu, na którą nie posiadamy zbyt wielkiego wpływu. Tym jednak, co również charakteryzuje człowieka, jest jego stosunek do przestrzeni. Ludzie się dzielą na koczowników i osiadłych. Osiadli tworzą cywilizacje, zajmują się rozwojem technicznym, podbojem i tworzeniem instytucji państwa. Koczownicy nie walczą o nic, gdyż dryfują w przestrzeni i daleki jest im terytorialny szowinizm. Ich ojczyznami są strefy tymczasowego postoju, a rodzinami inni ludzie "w drodze". Koczownik może się osiedlić, lecz człowiek osiadły nigdy nie zostanie koczownikiem, gdyż zawsze poszukiwać będzie czegoś stałego, stabilnego, jakiegoś "centrum" w przestrzeni, gdzie mógłby wejść we wspólnotę z innymi i zostać przez nich "pochłonięty". Koczownik dobrze
się czuje sam ze sobą, gdyż owo "centrum" ma w sobie, a nie szuka go na zewnątrz. Podróże pomagają mu lepiej zrozumieć siebie i świat go otaczający. Porusza się poza społeczeństwem, nieraz na jego marginesie.
Wciąż w drodze.
* * *
W drodze wszystko może się zdarzyć. Jesteś otwarty i nic nie odrzucasz. Taktyka przetrwania polega na umiejętności dostrojenia się do wymogów sytuacji, do Tao - dynamicznej równowagi sił. Dostrojenie się nie jest tym samym, co przystosowanie. Przystosowanie jest strategią przetrwania, gdy żyje się w organizmie jednego społeczeństwa. Jest to strategia wyuczona i powielana z pokolenia na pokolenie, rozmnażana w szkołach i miejscach pracy. Na jej straży stoją kapłani prawa i porządku. Jej religią jest SOCJALIZACJA. Będąc w drodze, musisz porzucić to wszystko na rzecz relatywizmu kulturowego i wyjść "poza" własną kulturę po to, by odkryć odmienne krainy cudowności i przerażenia, zaspokojenia i nienasycenia. Odpadaj, przełącz się i dostrój.
Nieustanne burzenie stereotypów. Zdrowa niepewność. Jadę do Londynu w poszukiwaniu "bobbies", gentlemanów i pogrobowców Margaret Thatcher. Nikogo z nich nie zastaję. Jedynie Murzyni, Mulatki, Chińczycy, Hinduski, Arabowie i Żydzi, a między nimi przemykający w pośpiechu blondyni. Soho tętni życiem. Jestem w samym centrum Chin.
Jedynie pobliskie burdele świadczą o europejskości tego miejsca. To właśnie znaczy, być Europą. Stary Kontynent umiera, lecz całkiem w pląsach. Imigrant polski, który zdążył już stać się tubylcem, z oburzeniem opowiada o Hindusach, którzy dostają więcej pieniędzy w ramach socjalu niż gdyby pracowali. "Oni nic nie robią, tylko rozmnażają
się i wyjeżdżają czasem do Indii, dostając odszkodowanie za opuszczenie Anglii, po czym wracają tu z rodzinami". Dla polonusa życie to praca, praca i praca. Mieszka na suburbiach. Londynu nie zna zbyt dobrze, bo tu niebezpiecznie. Gdy zapada zmrok, uśmiecham się do prostytutek łaszących się po kątach. Znaki celtyckiego chrześcijaństwa porozrzucane tu i ówdzie. A jednak idę do świątynii hinduistycznej, gdzie stara kobieta odmawia modły pośród barłogu. Wracam. Białe klify portu Dover lśnią dumnie.
Spadam do Włoch. Uwielbiam delikatne włoskie ciastka i te dziewczyny nieznajome, z którymi można grać oczami. Udine nocą. Festiwal kultury arabskiej. Muszę zmykać do Triestu. Przyjaciel zostawia mi klucze do mieszkania. Mogę tu mieszkać do woli. Zabieram znajomych z Polski poznanych w drodze. Tworzymy tygodniową komunę. Za dnia chodzimy do Miramare, by kąpać się w spienionym morzu i krążyć ulicami miasta. Nocą trawimy dzień. Chciałbym tu kiedyś zostać. Chciałbym tu być i tworzyć. Triest opasają góry kryjące słoweńskie wioski. Zza granicy słychać strzały armatnie. Słowenię też poczuję, gdy karawan Szwajcarów zabierze mnie tam ze sobą. Lecz teraz jadę do Wenecji i zdradzam kochankę, ponownie się zakochując. Wenecja jak okiem sięgnąć. Poznaję ją całą, w pełnej krasie. Wieczorami fajerwerki. Labirynt ulic, w którym łatwo się rozeznać. Magiczne miasto. Domy stare, lecz powabne. Choć woda je połyka, jest w nich jakaś świetność, która sprawia, że można je ciągle oglądać, kontemplować, dotykać.
Praga jest miastem alchemików. Czuje się niemal nadal oddech Golema na swych plecach. Na Vaclavskich Namestiach spotykam Jirziego Svobodę. Ten to duch całemu światu rzucił wyzwanie. Brodaty i niemłody już Jirzi zwiedził cały świat, jeżdżąc autostopem. W jego książkach nigdzie nie ma ostrzeżeń w ramkach, że "autostop nie jest polecaną formą podróżowania". W redakcji pisma "Vokno" zawsze się można przespać, gdy tutejsi punkowcy nie wpuszczą cię na squatt. Prascy anarchiści jeszcze
do niedawna mieli rozległy lokal, gdzie zawsze można było znaleźć dobrą duszę. Gdy jednak Vaszek Havel przestał się tak liczyć w polityce, nastały dla nich gorsze czasy, jako że jego mecenat dla nich już nie starczy. Pamiętam Pragę w czasie aksamitnej rewolucji. Tłumy na ulicach, jak na jarmarku, rewolucja bez krwi, wszyscy pijani. Kocham Pragę. Zawsze tu powracam.
Z Pragi do Paryża nie jest łatwa droga. Zabiera mnie Japończyk, nieufny i kąśliwy. Raz dwa, raz dwa, co by tu powiedzieć. Japończyk i tak kiepsko rozumie po angielsku, a jego wymowa przypomina bardziej pomlask śledzia, któremu zamykają się usta. Deszcz rwie i pędzi we wszystkie strony. Oberwane chmury. Japończyk się podniecił. Pyta
mnie, czy się boję. I nagle Paryż - kieszonkowe miasteczko. Cieszę się nim, jeżdżąc na rowerze. Z górki na dół i z powrotem. Od czasu do czasu gonią mnie policjanci. Nic mi nie zrobią. Ich język nie jest moim. Wiruję.
Wąskie uliczki Amsterdamu kuszą i niepokoją swoją otchłannością. W podziemiach alternatywnej księgarni spotykam maga chaosu, kreślącego postać Bafometa. Jestem w samych czeluściach. Gdy nie znajdę drogi, zawsze mi pomaga Ahmed - trójzębny handlarz narkotyków z Egiptu. Spotykam go nieustannie. To fatum. Ahmed lubi Polaków, "Bolanda to piękny kraj" - powiada. Mieszkam u squattersów, we wspólnocie. Tropią imperializm na każdym kroku. Na dole jest kawiarnia, gdzie wśród muzyki
i poklasków, w morzu piwa i plakatów zawsze można odnaleźć coś ciekawego. Spotykam Ruuda Phaffa. Nigdy go nie zapomnę. Ruud zaprzedał swoją duszę cytrze. Jest poetą, na skrawkach karteluszek zapisuje myśli swoje. Ideowy terrorysta. Nie lubi squattersów za ich hedonizm. Chciałby, aby cały świat wybuchł. Prowadzi mnie labiryntem miejskim ku dzielnicy czerwonych świateł. Giniemy w miejscu, gdzie kończy się świat. Tutaj nie każdy może wejść. Ruud jest moim Hermesem. Jestem w siedzibie mafii rosyjskiej. Klimat gęstnieje. To już nie Amsterdam, to morze. Plaże Hook Van Holland prażą błyskiem słońca. Dzieci dobijają meduzy na plażach. Nocą zrywa się ulewa. Pod latarnią morską moknę i staję się coraz cieńszy. Przyjaciele odjechali do Londynu. Jestem sam. Zasypia noc. Kiedyś to opiszę.