Osiemnastego listopada 1978r., głęboko w gujańskiej dżungli Wielebny Jim Jones, założyciel i charyzmatyczny przywódca Świątyni Ludu rozkazał wypić 911 przebywającym w noszącej imię założyciela osadzie Jonestown wiernym napój zawierający roztwór kilku substancji trujących, w tym cyjanku potasu. Większość uczyniła to samodzielnie. Rodzice podali truciznę swoim dzieciom a opornych rozstrzelano. Niebawem o tym tragicznym wydarzeniu dowiedział się świat, a Jim Jones zajął - obok Charlesa Mansona - poczesne miejsce na piedestale amerykańskich symboli zła. Opinia publiczna zapomniała wkrótce o gujańskiej masakrze, ale co bardziej dociekliwi wciąż zastanawiali się, czy ponad dziewięćset osób faktycznie padło ofiarą uroku a potem terroru i praniu mózgu przeprowadzonego przez przystojnego, wysokiego bruneta.
Jones urodził się 13 maja 1923r. Jako syn aktywnego działacza Ku Klux Klanu, wychowywany był w surowej dyscyplinie i od dziecka wykazywał zainteresowanie religią - w wieku siedmiu lat uparcie twierdził, że jest księdzem, odprawiał msze w intencji dusz martwych zwierząt. Zwierząt, które często sam własnoręcznie uśmiercał. Już w połowie lat pięćdziesiątych Jones założył w Indianapolis swoją kongregację religijną: Świątynię Ludu, która w mniej lub bardziej zmienionej formie przetrwała aż do apokaliptycznego końca. Tymczasem gromadził wiernych - głównie kolorowych emigrantów znajdujących się w trudnej sytuacji materialnej. The People's Temple Full Gospel Church, bo tak brzmiała pełna nazwa, stawała po stronie uciskanych, zapewniając im pomoc finansową, odzież i środki utrzymania. Charyzmatyczny Jones swoimi natchnionymi kazaniami przyciągał dziesiątki, a potem setki wiernych. Z czasem pojawiły się sponsorzy i hojne dary, dzięki którym mógł zarzucić import małp z Afryki i Ameryki Pd. i na dobre poświęcić się swemu ciągle rosnącemu stadku wyznawców. Popularność nakręcały Jonesowi nie tylko jego starannie przygotowane kazania, ale stopniowo co raz wymyślniejsze sposoby przekonania zrzeszonych, iż to właśnie on jest Zbawicielem, wierność któremu zapewnić może garstce wybrańców życie wieczne. Śpiewka stara jak świat, ale nader skuteczna, jak pokazują dzieje kolejnych sekt. Jones przewidywał przyszłość i odgadywał przeszłość, buszując wcześniej w koszach na śmieci należących do wybranych uczestników mszy. Z czasem zaczął doznawać cudownych wizji, w których "tajemnicze głosy" oznajmiły mu, iż wkrótce nadejdzie rozwiązanie w formie totalnej, nuklearnej apokalipsy. Apokalipsy, ma się rozumieć, którą przetrwają nieliczni. Jones przekonał wszystkich, iż to właśnie on zapewni im ratunek. W tym samym czasie w jednym z numerów pisma "Esquire" z 1963r. ukazał się artykuł z rozrysowaną mapką miejsc bezpiecznych od ewentualnych bombardowań nuklearnych. Jedno z nich znajdowało się w Brazylii, drugie w Gujanie. Jones, wiążąc swe wizje z artykułem prasowym udał się w kilkuletnią wycieczkę po ziemiach obiecanych. Po powrocie z Ameryki Pd. Jones był innym człowiekiem. Wprowadził w Świątyni dyscyplinę, otoczył się uzbrojoną ochroną. Uzyskawszy znaczne fundusze od osób ze sfer rządowych, poznanych dzięki osobistej znajomości żony prezydenta Cartera, postanowił przenieść się wraz z całą Świątynią do Gujany, celem założenia tam małej osady.
Ci, którzy przeżyli masakrę podali, iż Jones sterroryzował mieszkańców Jonestown, nie pozwalając im odejść. Niektórych szantażował, innych zwyczajnie zastraszył. Posłuszeństwo wymuszał siłą. Warunki panujące w obozie były bardzo ciężkie. Mimo sporych sum na koncie (szacuje się, iż Jones pozostawił po sobie ok. 60 mln $), Wielebny nie zapewnił nikomu godziwego standardu życia. Wszyscy spali na drewnianych pryczach w parterowych barakach pozbawionych prądu i bieżącej wody. W zamian za całodzienną harówkę na polu (pod czujnym okiem uzbrojonej straży), dostawali garść ryżu, kilka owoców i kubek kawy. Nieliczni, którym udało się uciec, padali później od kul strażników, lub ginęli w dżungli. Jones stosował terror fizyczny (kary cielesne, tortury) ale również psychiczny. Metody stosowane przez niego wyglądają na przeniesione żywcem z podręczników dla samouków technik prania mózgu. Małżeństwa i więzy rodzinne były w Świątyni niszczone zaraz na wstępie. W Jonestown jakakolwiek forma okazywania sobie sympatii przez osoby płci przeciwnej była karana. Niepochlebne uwagi na temat Jonesa, panujących warunków itd. kończyły się zamknięciem na wiele dni w izolatce, gdzie delikwent musiał pisać szczegółowe zeznanie. W osadzie roiło się od donosicieli, którzy w ten sposób mogli awansować w hierarchii, bądź zwyczajnie przypodobać się Wielebnemu. Ciągła atmosfera zagrożenia i nieufności podsycana była regularnymi nocnymi alarmami i przemówieniami Jonesa, którego kazania przez wiele godzin płynęły przez rozwieszone w całej osadzie megafony. Wszyscy mieszkańcy żyli w ciągłym strachu, a każdy akt niesubordynacji kończył się surową karą.
Podczas ostatnich miesięcy Jones wydawał się być co raz bardziej opętany perspektywą inwazji z zewnątrz tajemniczych "najemników". Chcąc przekonać się o wierności i oddaniu mieszkańców, przeprowadzał próby lojalności. Zebrani na głównym placu osady, wierni dostawali do wypicia truciznę. Większość czyniła to bez wahania, a wtedy Jones spokojnym głosem tłumaczył, iż właściwa pora zbiorowego samobójstwa jeszcze nie nadeszła, lecz należy być gotowym na każdą ewentualność. W końcu taki dzień nadszedł i ponad 900 osobom podano prawdziwą truciznę. Prawie wszyscy zażyli ją, zamykając historię Jonestown okrutnym misterium śmierci. Tyle mówią media.
Jones miał znajomych w wielu kręgach. Należał do nich zarówno George Philip Blakey, który załatwił Jonesowi pieniądze na zakup ziemi w środku gujańskiej dżungli, jak i Dr Lawrence Laird Layton, chemik uczestniczący w pracach Manhattan Project i ex-szef oddziału CIA zajmującego się pracami nad broniami chemicznymi w latach 50. Świątynia Ludu przypadła do gustu oficerom amerykańskiego wywiadu, którzy uważali ją za znakomite pole do kontynuowania swoich zbrodniczych eksperymentów. Wiedząc o nadchodzącej przeprowadzce Świątyni Ludu, współpracę z Jonesem nawiązali jego dawni znajomi. Wśród nich znajdował się Dan Mitrioni, odpowiedzialny za torturowanie i pranie mózgu niewygodnych dla CIA polityków, a także terrorystyczne zamachy w takich krajach jak Boliwia, Brazylia i Urugwaj. Czek na sumę 600.000 $ podpisał osobiście Philip Blakey, współpracownik CIA, zajmujący się werbunkiem do supertajnych oddziałów wykorzystanych podczas amerykańskiej interwencji w Angoli. I tutaj łączy się historia Jonesa ze służbami wywiadowczymi.
Przeprowadzka do Gujany pozwoliła w pełni rozwinąć skrzydła rządowym agentom. Z dala od świata i opinii publicznej, blisko tysiąc mieszkańców Jonestown zostało uwięzionych w pilnie strzeżonym obozie. Mimo iż Jones nie był rozrzutny w swoich wydatkach, zastanawiający jest fakt, iż w na terenie skromnie urządzonej osady znajdował się doskonale wyposażony szpital polowy. Ocalałe z masakry osoby twierdziły, iż grupa lekarzy codziennie badała wszystkich mieszańców Jonestown, aplikując każdemu "niezbędną porcję witamin". Wydaje się wątpliwe, że sadystyczny kaznodzieja dbał o zdrowie swoich podopiecznych. Bardziej prawdopodobny jest fakt, iż na terenie obozu aplikowano każdemu mieszkańcowi porcję psychotropowych narkotyków osłabiających ich sprawność psychofizyczną, doprowadzających ich na skraj załamania nerwowego. Na terenie szpitala odnaleziono skrupulatnie prowadzone kartoteki zdrowotne każdego z mieszkańców, z notatkami uwzględniającymi nawet dzienne wahania ciśnienia. Znaleziono również monstrualne ilości silnych psychotropów; zbyt duże, aby mogły służyć nawet kilkuset pacjentom.
Ponieważ media podawały do publicznej wiadomości informacje niekiedy sprzeczne i wątpliwe, niektórzy politycy i dziennikarze węszyli wokół sprawy Jonestown jeszcze za życia jej założyciela. Należeli do nich senator Leo Ryan i jego kolega Joseph Hoslinger. Pierwszy z nich interesował się tajnymi operacjami CIA, w tym słynną i odtajnioną w latach siedemdziesiątych MKULTRA. Po otrzymaniu od rodzin osób więzionych w Jonestown sygnałów dotyczących łamania praw człowieka w Jonestown, pojechał z wizytą do Gujany, wziąwszy ze sobą kilku dziennikarzy. Został przez Jonesa dobrze przyjęty i to, co zastał po przybyciu, rozwiało jego podejrzenia. Jednak okazało się to być sprytnie zaaranżowanym przedstawieniem, specjalnie przygotowanym dla dociekliwego Ryana. Senator wraz z towarzyszącymi dziennikarzami został zamordowany na lotnisku tuż przed opuszczeniem stolicy Gujany, Georgetown. Okazało się jednak, że Jones nie zabił wszystkich. Jeden z dziennikarzy, którzy przeżyli strzelaninę, Tim Reiterman, zdał wkrótce relację z tego co widział. Wszyscy mieszkańcy Jonestown zachowywali się, jakby byli w transie, mieli przeszklone oczy i nie byli w stanie nawiązać z nim normalnego, werbalnego kontaktu.
Joseph Holsinger miał podobne podejrzenia, ale prywatne śledztwo zaprowadziło go do jeszcze ciekawszych wniosków. Otrzymawszy od jednego z profesorów Berkley University dokument potwierdzający kontynuowanie operacji MKULTRA, Holsinger zebrał dowody na istnienie nowej operacji prowadzonej przez CIA, tym razem pod szyldem OFTEN CHICKWIT. Akcja ta miała kontynuować badania nad uzyskaniem władzy psychicznej nad jednostkami, przenosząc obiekt swoich eksperymentów z żołnierzy i osób prywatnych, na
kulty i sekty. Współpracując z Instytutem Inżynierii Naukowej (SEI) w Bostonie i Uniwersytetem w Południowej Karolinie, CIA uruchomiło nawet zajęcia akademickie poświęcone demonologii, voo doo i okultyzmowi. Poszukiwania Holsingera zaprowadziły go do powiązań OFTEN CHICKWIT z rozmaitymi grupami okultystyczno-parareligijnymi, wliczając w to nawet gałąź Ordo Templi Orientis w Pasadenie i San Bernardino (jednym z jej tuzów był Jack Parsons, założyciel Kalifornijskiego Instytutu Technologii, późniejszy współautor projektu architektonicznego Pentagonu, w który dość łatwo, jak wiemy, wpisać jest pentagram
), ruch Bhagwana Shree Rajneesh'a, MOVE, O.T.A. i wiele innych, skończywszy na szwajcarskim Zakonie Świątyni Słońca, którego 27 członków popełniło w 1994r. rytualne samobójstwo. Oczywiście na liście kultów sterowanych odgórnie przez CIA widniała jak na dłoni Świątynia Ludu...
Wątpiący w sekciarski charakter masakry w Jonestown przywołują dodatkowe argumenty na rzecz zaangażowania CIA w całą sprawę. Fotografie z Jonestown po masakrze wykonane zostały przez agentów rządowych. Zastanawiające jest to, iż doliczyć się można na nich najwyżej 200-300 ciał. Dlaczego ciała odnajdywano nawet w promieniu kilku kilometrów od Jonestown ? Dlaczego usunięto z nich identyfikatory z imieniem i nazwiskiem ? Dlaczego - wbrew temu, co podawano w mediach - 90% ofiar miało ślady po wykonanych tego samego dnia zastrzykach z trucizną ? Dlaczego niezależne media zostały dopuszczone do Jonestown dopiero 5 dni po masakrze ? Dlaczego nie pozwolono dokonać autopsji ciał bezstronnym lekarzom ? Dlaczego jednym z prowadzących sprawę Jonesa został oficer Mark Lane, odpowiedzialny za sfabrykowanie dowodów w sprawie licznych interwencji CIA, m.in. w Zatoce Świń ? Dlaczego Jones wybrał akurat Gujanę, której socjalistyczny reżim popadł wówczas w niełaskę rządu amerykańskiego, podobnie jak rząd Angoli, Salwadoru i wielu innych, gdzie CIA przeprowadzało sfabrykowane zamachy stanu?
Jakby tego było mało, ocalali z masakry mieszkańcy zgłosili pozwali do sądu ówczesną sekretarz stanu Cyrus Vance oraz Stanfielda Turnera, szefa CIA, oskarżając ich o "powiększenie politycznej i ekonomicznej władzy Jonesa" a także o przeprowadzanie w Jonestown "eksperymentów z narkotykami i kontrolą umysłów". Pozew został oddalony, a kolejne wnioski o apelacje i rewizje pozostały bez odzewu.
Czy więc rzeczywiście masakra w Jonestown była szczegółowo zaplanowaną i przeprowadzoną przez CIA operacją, będącą zaledwie drobnym wycinkiem zainteresowań Centralnych Służb Wywiadowczych ? Trudno powiedzieć, choć operacja OFTEN CHICKWIT ponoć nadal trwa a spektrum jej zainteresowań jest znacznie szersze niż tylko sekty i rodzące się jak grzyby po deszczu kulty. Powiada się, że instalowane przez obcych implanty w mózgach, tak na prawdę nie są ich robotą, czym zachłystuje się prasa brukowa, ale dziełem specjalnie przeszkolonych agentów, którzy działają na rozkaz polityków śniących o władzy. Nie nad światem, ale najpilniej strzeżoną twierdzą, jaką jest ludzki umysł.