recenzja koncertu (z terra.pl)
Dzień drugi (piątek)
[...]
Potem jakaż odmiana: Neurobot.
Trójka siedzi przy stoliku: dwóch przy komputerach, jeden ze skrzyneczką, beznamiętne twarze wpatrzone w swoje rozświetlone monitory - wyglądają
jakby w brydża grali. I rzeczywiście między nimi była świetna interakcja - słychać, że nie jedna osoba brumi, jak to często bywa, ale trójka ludzi
wspólnie muzykuje - interakcja, wyczucie, folk.
Pojechali industrialnie i dubowo jednocześnie.
Szumy, piski, mikrotony w powiększeniu - ale wszystko selektywne, nie była to w żadnym wypadku ściana dźwięku. No i ta transowość - ale nie
emocjonalna, tylko neurobotowa właśnie.
Spejsowość ale nie psychodeliczna. Surowość jak u Suicide, tylko że na innym, elektronowym poziomie. Piękna wielopoziomowość. Transowość ale
nie technowa, ani też psychodeliczna. Ładne, ciepłe brzmienie.
Wojt3k powiedział: "To jest folk. No bo na jakich instrumentach gra teraz lud?".
Wystąpili jednak za wcześnie no i oczywiście w małej salce z fotelami wyszłoby to lepiej, niż na "open air" festiwalu.
Mieli porywające momenty - podskórny swing, jednak nie utrzymali dramaturgii przez cały koncert - środek był mniej ciekawy. A dla całej publiki to koncert był za długi
(grali grubo ponad godzinę). |