index
index

17 marca, Drezno, Starclub
PAN SONIC, SCHNEIDER TM

Fińskie bombowce nad Dreznem


Wiadomości przekazane przez berliński magazyn DE:BUG podziałały na mnie jak przyjemny i podniecający impuls elektryczny: tym razem, fińscy mistrzowie klaustro-noise mieli znaleźć się na tyle blisko granicy polskiej, że nawet wielogodzinna jazda samochodem wydała nam się drobnostką. We Wrocławiu zaopatrzyliśmy się w napoje i rzadko spotykane w Warszawie batony "Jacek", po czym ruszyliśmy w pięknym marcowym słońcu do Drezna. Wizyta w miejscowej filii berlińskiego sklepu płytowego Hard Wax okazała się owocna - po dwóch godzinach wychodziliśmy z paroma interesującymi zakupami, które wskazał nam przemiły tam-bylec Daniel. Około dwudziestej znaleźliśmy się w Starclubie, który - sądząc po plakatach - okazał się być zasłużonym klubem z dobrymi doświadczeniami. Kiedy sala się trochę zapełniła, na scenie pojawił się SCHNEIDER TM z kolegą. Muszę powiedzieć, że byłem trochę zaskoczony, ponieważ rozpoczął atonalnie i kanciasto, co nie bardzo kojarzyło mi się z misternymi i stonowanymi kompozycjami z CITY SLANG-owego longplaya. Set SCHNEIDERA był poprawny i nawet interesujący, choć trochę nierówny - wyraźnie podziałał na niego fakt supportowania PAN SONICA. Pastelowe odcienie dłuższych kompozycji pozostawały w wyraźnej dysharmonii z wygrywanymi na żywo szumami i dronami. Trochę rozczarowani i z lekka zmęczeni, poszliśmy do baru. Statyczny, rozdzierający mózg ryk uzmysłowił nam, że właśnie zaczyna się program PAN SONICA. Wszyscy zastygli na swoich miejscach, z niedowierzaniem wpatrując się w dwóch skupionych i poważnych Finów, wydobywających ze swoich maszynek selektywne dźwięki o natężeniu startujących odrzutowców. Zrobiło się potężnie i poważnie, by nie powiedzieć - groźnie; wystarczająco dużo słyszałem o gwałtownych, fizycznych reakcjach na dźwięki emitowane na żywo przez MIKĘ VAINIO i ILPO VAISANENA. Nie zauważyłem u nikogo piany na ustach, ale gdyby PAN SONIC zdecydował się na użycie "jeszcze więcej watów", to kto wie...W programie przeważały materiały improwizacyjne, swobodnie transformujące ścieżki znane z "Kulmy" i ostatniej płyty o lakonicznym i wieloznacznym tytule "A". Diabelsko precyzyjnie kakofonie i erupcje spowolnionego bitu nadawały całości charakter wizyty w laboratorium, w którym kosmici z Finlandii przeprowadzają wiwisekcję drezdeńskiej publiczności. Po czterdziestu minutach rozległa się bolesna cisza. Bisów nie było. Wyszliśmy na zewnątrz w obcą wiosenną noc. Czy to wszystko naprawdę się zdarzyło?

JACEK STANISZEWSKI
library@csw.pol.pl

Thanx to Daniel - you're pal. Podziękowania dla towarzyszy podróży - Andrzeja i Jacka.

profile

scena

archiv

soft

projekty

n/files

napisz do nas